O pseudoobozach
Mieliśmy dwa obozy przed rundą wiosenną, ale właściwie to nie mieliśmy żadnego.
Pierwszy był w Pokrzywnej. Warunki były super, ale trenerowi brakowało boiska i hali. Stwierdził więc, że lepiej wrócić do Opola i tuaj trenować na boisku .
Pamiętam za wcześniejszych trenerów - Witolda Mroziewskiego, Miroslva Copjaka, Zygfryda Blauta czy Dariusza Kaniuki - że zawsze w tym okresie jeździliśmy na obozy bez piłek, poprawialiśmy głównie wytrzymałość. Trener Delahaije mówił jednak, że ma inny pomysł, i ja myślałem, że rzeczywiście ma inny, nowy pomysł. Ale nic z tego. W Opolu mieliśmy dwa-trzy treningi z piłkami i nic nowego poza tym, później nastąpił totalny chaos.
Na drugim obozie byliśmy w Holandii. Trener i prezes Vreuls zapewniali nas, że będzie superośrodek, dobre boiska. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że kierownik ośrodka nawet nie wiedział, że mamy przyjechać. Cały obóz to była jedna wielka porażka, nic nie było zorganizowane. Przez pierwsze dwa dni nie jedliśmy nic ciepłego, bo nie było dla nas kuchni. Później, kiedy znalazły się jakieś kuchenki, to okazało się, że w kuchni nie ma prądu. Na początku jedliśmy więc głównie bułki. Dobrze, że chociaż był automat z kawą, to mogliśmy napić się czegoś gorącego.
Po trzech dniach doszły do tego odgrzewane flaki, fasolka po bretońsku czy bigos z Biedronki albo zupki w proszku. Do tego mieszkaliśmy nie w ośrodku, a raczej w koszarach, w normalnych celach, bo nie można nazwać tego pokojami.
Nie było tam ogrzewania! Siedzieliśmy więc wszyscy w czapkach i szalikach, tak było zimno. O treningach nawet nie ma co mówić, praktycznie nie trenowaliśmy z piłkami, nie było ani jednego treningu taktycznego, strzeleckiego, stałych fragmentów gry czy sposobu rozgrywania piłki, zupełnie nic. Jedyne w miarę normalne treningi to były dwa sparingi, ale nasza taktyka na nie to było wykopywanie piłki do przodu i cofanie się na szesnastkę. Przy takiej taktyce wyniki i tak były dobre.
Pamiętam jak rok wcześniej za trenera Mroziewskiego byliśmy w Holandii. Warunki czy treningi były nieporównywalnie lepsze. Fakt, że mieliśmy strasznie dużo jeżdżenia, bo nawet na treningi dojeżdżaliśmy autobusem, ale trener Mroziewski przyszedł do nas i przepraszał za to, że tak jest, chociaż tego obozu nie organizował. Muszę jednak powiedzieć, że tamten obóz w porównaniu z tym to było jak niebo i ziemia.
Teraz myślę sobie, że zamiast jechać tyle kilometrów, lepiej było zostać w Opolu. Wróciliśmy tylko zajechani psychicznie, fizycznie zresztą też, bo z siedmiu dni na obozie dwa spędziliśmy w autobusie.
Błędem było też zrobienie tygodnia przerwy w okresie przygotowawczym. Ja nie odpoczywałem, zresztą chyba nikt z nas nie siedział, wszyscy biegali na własną rękę, ale to przecież nie to samo co wspólne treningi.
Po obozie trener dał całej drużynie zakaz komentowania tego, co było w Holandii, a ja jako kapitan dostałem jeszcze zakaz komentowania sprawy braku licencji trenera i wszystkiego innego. Jeśli ktoś chciał się czegoś ode mnie dowiedzieć, miałem zadzwonić do trenera, on miał mi powiedzieć, co mogę odpowiedzieć, i dopiero wówczas mogłem coś mówić do prasy.
O nieudolności Delahaije
Nie chcę mówić o nim "trener", bo to obraża wszystkich trenerów. Skończyłem studia, mam drugą klasę trenerską, ale czegoś takiego nigdy nie widziałem. Jak przychodził, myślałem, że rzeczywiście ma jakiś ciekawy, inny pomysł, ale muszę powiedzieć, że nie ma żadnego warsztatu. W porównaniu do wcześniejszych szkoleniowców różnica jest kolosalna. Rozgrzewkę przed treningami robił Mariusz Gnoiński, później trener prowadził 15-20 minut gierki, to było wszystko, i codziennie to samo. Nie było żadnych ustawień taktycznych czy czegoś takiego. Młody Błażej Karasiak sam przyznawał, że gdybym mu nie mówił, jak się ustawiać, co robić w danej sytuacji, toby nie wiedział, bo trener mu tego nie powiedział.
Hitem był jednak zakaz grania tzw. koronki pomiędzy obrońcami, aby wciągnąć przeciwnika. Jak podałem do Felipe, to on miał absolutny zakaz odegrania do mnie, musiał wykopać piłkę do przodu. Podobnie było z podawaniem do środkowych pomocników, praktycznie nie było więc rozgrywania, tylko wykopywanie piłki do przodu i powrót na szesnastkę. No i najważniejsza zasada Delahaije: "no risk", a przecież bez ryzyka nic nie da się zrobić.
Podam jeszcze inny przykład. Po porażce z Lechią Gdańsk poszedłem do trenera i prezesa i poprosiłem ich, aby poszli do szatni. Przecież zwłaszcza dla młodych to było duże przeżycie. Oni jeszcze nie radzą sobie z dużą presją kibiców, która w Opolu jest wyjątkowo duża. Nie chciałem, aby się załamali, poprosiłem, żeby ich jakoś zmotywowali, aby z nimi porozmawiali. A prezes i trener zapytali mnie, co mają im powiedzieć.
Mogę stwierdzić, że za tej kadencji cofnęliśmy się w rozwoju i piłkarsko, i motorycznie. Co zresztą było widać choćby w ostatnim meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Zagraliśmy na maksa i okazało się, że po 60-70 minutach zabrakło nam sił.
Nie mogę zrozumieć, na jakiej podstawie odsunięto trenera Andrzeja Prawdę. Przecież jesienią z trzech spotkań pod jego wodzą wygraliśmy dwa z Turem Turek 3:0 i Wisłą Płock 3:1, a przegraliśmy po walce, za którą nam gratulowano, z Piastem Gliwice 0:2.
Zamiast niego przyszedł nowy za większą kasę, a trzeba było jeszcze zatrudnić tłumacza i trenera z licencją. Ja wiem, że za to płacił sponsor, ale przecież te pieniądze
mogły pójść na coś porządnego, trenera czy choćby piłki albo szkolenie młodzieży.
O świetlanych wizjach Vreulsa
Prezes Guido Vreuls zaproponował, abyśmy co miesiąc spotykali się z nim i trenerem i mówili, co jest nie tak, co chcielibyśmy zmienić itp. Co miesiąc opowiadał nam, jak to ma się w klubie poprawić, że jedzie do nas sprzęt z Holandii, że przyjedzie nowa holenderska murawa na stadion, że ktoś pojedzie na szkolenie, aby nauczyć się, jak ją pielęgnować itd.
Okazało się, że cały czas nawijał nam makaron na uszy. Sprzęt wcale nie dojechał, a o murawie nie ma nawet co mówić.
Na jednym spotkaniu poprosił nas, abyśmy pochodzili po firmach i poszukali jakiś sponsorów, nawet na drobne kwoty, że powstaną specjalne umowy i w ten sposób będziemy mogli pomóc klubowi. Oczywiście chętnie zgodziliśmy się na to. Znaleźliśmy nawet jakieś firmy, ale ostatecznie żadna umowa nie powstała. Prosiłem prezesa, aby Tomek Kandziora kilka przygotował, ale pozostało to bez odzewu.
O sprzęcie, którego brakowało
Ustaliliśmy też z prezesem Vreulsem, aby każdy nie dzwonił do niego osobno pomiędzy spotkaniami, że ja jako kapitan będę pośrednikiem. Okazało się, że musiałem dzwonić do niego w każdej sprawie, pytać o wypłaty, premie, sprzęt, piłki czy choćby zwałowanie boiska. Gdybym nie dzwonił, pewnie nic by się nie ruszyło w tych sprawach.
A sprzęt to w ogóle dla byłych władz klubu była zupełnie niepotrzebna rzecz. Nasze piłki pamiętają jeszcze chyba czasy trenera Antoniego Piechniczka.
Niby przetarg na sprzęt wygrała firma wiadomo jaka a byli chętni, żeby naprawdę dostarczać go do klubu. Niestety, tego zawsze nam brakowało. W poprzedniej rundzie rękawice bramkarskie dla Marcina Fecia kupiłem za własne pieniądze, które dostałem za premię z konkursu SMS-owego, bo pewnie nie miałby ich do dzisiaj.
Przed meczem z Zagłębiem Lubin nie mieliśmy piłek, więc pieniądze na nie musiał wyłożyć wiceprezes Andrzej Dusiński, a na następne musieliśmy się zrzucić sami. O butach już nawet nie mówię, bo każdy kupuje sobie sam, a klub za nie pieniędzy nie zwraca wcale. To wydatek ok. 500-800 złoty za parę, a na rundę potrzeba przynajmniej trzy.
Podobnie jest z odżywkami. Kto chce, musi sobie je kupić, na to pieniędzy nikt jednak nie szczędzi, bo bez tego nic się nie zrobi.
Nie chcieliśmy mówić o tym wcześniej, bo to wstyd przed innymi klubami, ale w tej sytuacji chcę otworzyć oczy kibicom, bo nie wszyscy orientują się, jaka jest prawda.
O braku pieniędzy na święta
W grudniu ubiegłego roku i w styczniu bieżącego pieniędzy nie dostaliśmy wcale, więc dwa miesiące byliśmy bez wypłaty, i to w najgorszym okresie, kiedy były święta czy sylwester. Poratował nas wiceprezes Dusiński, który nam pożyczył. Później zostało to uregulowane, więc na dziś nie ma żadnych zaległości, ale gdyby nie pan Dusiński, nie wiem, za co zrobilibyśmy święta.
O oskarżeniu piłkarzy
Jeszcze trzy czy cztery dni przed odejściem Delahaije prezes Vreuls zapewniał, że nie podda się presji, że choćby była nie wiadomo jaka, trener będzie nas prowadził do końca rundy. A tu nagle zrezygnowali obaj. Zachowali się jak szczury, narobili długów, bałaganu i uciekli z tonącego okrętu. Jeszcze wymyślili całą tę bajkę, że niby graliśmy przeciwko nim.
Osobiście myślę, że zrobili to z premedytacją, aby odwrócić uwagę od tego, co działo się w klubie, i od swoich rezygnacji, aby popsuć atmosferę wokół klubu. Wcześniej uciekli, i to bez żadnych konsekwencji, a bałagan i smród po nich pozostał, zostawili to zawodnikom, kibicom, nowemu trenerowi i zarządowi. Mieli w tym swój cel. Doszli pewnie do wniosku, że skoro w Polsce jest taka korupcja, to każdy uwierzy, że graliśmy przeciwko trenerowi. Niestety, osiągnęli to, co chcieli, teraz nie mówi się o niczym innym.
A przecież wcześniej nie było żadnych zatargów, nikt nic nie mówił, nic nam nie zarzucał. Skoro trener miał jakieś dowody, czemu nie przyszedł do nas, czemu nie powiedział tego wprost albo nie odsunął nas od składu? Zresztą po co mieliśmy to robić? Na każdy mecz przyjeżdżają moi rodzice, aby popatrzeć, czy przy nich miałbym robić z siebie szmatę? Przecież Tomek Copik strzelił bramkę z Motorem, a ja dwa karne z Lechią. Gdybym chciał, mógłbym przestrzelić, to żaden problem. Poza tym nie graliśmy obaj z Wartą Poznań, więc jak mogliśmy zagrać przeciwko trenerowi.
Trener zarzuca nam, że specjalnie łapaliśmy kartki, a przecież ja miałem ostatnio swój osobisty rekord - pięć spotkań bez żółtej kartki. Tomek dostał kartkę w zasadzie za nic, a Marcin Feć od początku sezonu ma trzy i uważa, aby nie dostać przypadkiem następnej i nie osłabić drużyny. Marek Tracz ostatnio pauzował w pierwszym spotkaniu z Jastrzębiem za kartki z zeszłej rundy. Więc gdzie tu sens?
Podaję Delahaije do sądu, chcę aby wydał wyrok oczyszczający mnie i odszkodowanie. Nie chcę brać od nich żadnych pieniędzy, dlatego przekażę je na jakiś cel charytatywny, na biedne dzieci albo zmniejszenie długu Odry.
Na szczęście nie wszyscy kibice w to uwierzyli. Obawiałem się, że w meczu z Podbeskidziem z trybun będą lecieć bluzgi, a było miłe zaskoczenie. Okazało się, że nawet jak przegrywaliśmy 0:2, cały czas był gorący doping. Chciałbym za to podziękować zarówno kibicom z sektora A, jak i z trybuny krytej. Zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby utrzymać Odrę w II lidze.
Źródło: gazeta.pl